City break w Afryce – cztery dni w Marrakeszu i okolicach
Data publikacji: 7 września 2026 | Czas czytania: 15 minut
Czy warto zorganizować city break w Afryce, mając mało czasu, ale za to dużo chęci i energii? To pytanie nurtowało mnie, kiedy wraz z przyjaciółką błądziłyśmy palcem po mapie i szukałyśmy miejsca na następną podróż. Warunki? Ciepło, niedrogo, ładnie, egzotycznie. Padło na Maroko!

Streszczenie dla zabieganych
- Lot z Warszawy do Marrakeszu trwa 5,5 godziny, a przy dobrej pogodzie z okien samolotu widać Góry Atlas. Obywatele Polski są zwolnieni z wizy na pobyt do 90 dni (wymagany jest paszport).
- Oficjalną walutą jest dirham marokański, który jest trudny do kupienia w Polsce, dlatego najlepiej zabrać ze sobą euro lub dolary i wymienić je na miejscu. Z lotniska do miasta najwygodniej dojechać taksówką, natomiast w samej zabytkowej medynie porusza się wyłącznie pieszo.
- Najlepszym wyborem na pobyt są klimatyczne riady – zabytkowe domy z wewnętrznym ogrodem i fontanną, gdzie na dachu serwuje się tradycyjne marokańskie śniadania i berberyjską herbatę miętową.
- Labirynt krętych uliczek medyny prowadzi do placu Dżami al-Fana oraz licznych suków (targów). Kluczem do udanych zakupów jest targowanie się. Warto odwiedzić także ogrody, takie jak Le Jardin Secret oraz Ogród Majorelle.
- Lokalne dania są aromatyczne i bazują na mięsie oraz kaszach. Do najpopularniejszych przysmaków należą tadżin, kuskus, rozgrzewająca zupa harira oraz słodkie wypieki i mocno słodzona miętowa herbata parzona w metalowych dzbankach.
- Warto wybrać się na zorganizowane wycieczki poza miasto, na przykład na trekking do najwyższego wodospadu Maroka – Ouzoud, podziwiając po drodze gaje oliwne i makaki berberyjskie.
Pięć godzin i jeden świat dalej
Bilety na lot do Maroka kupiłyśmy podczas Szalonej Środy pięć dni później, co tylko utwierdziło nas w przekonaniu, że ten wyjazd jest nam przeznaczony! Wylot o 9:05 rano, powrót cztery dni później o 21:00.
LOT lata bezpośrednio z Warszawy (WAW) na lotnisko Marrakesz Menara (RAK), a rejs trwa pięć i pół godziny. Śniadanie na pokładzie wybrałyśmy bezmięsne: kanapki z serem mozzarella i czarnymi oliwkami, do tego kawa i (już z naszych prywatnych zapasów) Dicoflor — probiotyk, który obie brałyśmy dwa tygodnie przed wylotem, a także przez cały wyjazd. A jak kawa, to i deser — drożdżówka z malinami z Piekarni Putka.


Wylądowałyśmy chwilę przed 14:00 i od razu udałyśmy się na kontrolę paszportową, gdzie dostałyśmy do wypełnienia tzw. kartę policyjną – musiałyśmy wpisać swoje dane osobowe, cel podróży i nazwę noclegu. Wszystko przebiegło szybko i sprawnie.
Polacy podróżujący do Maroka są zwolnieni z obowiązku wizowego przy pobytach turystycznych do 90 dni. Do przekroczenia granicy niezbędny jest ważny paszport (dowód osobisty nie wystarczy).
Dla tych, którzy nie zdążyli lub nie chcieli kupić karty eSim (my korzystałyśmy z Airalo i obie wykupiłyśmy 3 GB na 4 dni, co w zupełności wystarczyło) – w oficjalnym salonie na lotnisku można kupić kartę SIM marek typu Maroc Telecom lub Inwi, aby od razu mieć dostęp do mapy.
Wskazówka: podczas lotów z Warszawy do Maroka przy dobrej pogodzie z wysokości przelotowej jest widok na Góry Atlas. Loty w ciągu dnia dają najlepsze światło do ich obserwacji, więc poranny jest idealny.
Dirham dirhamowi nierówny
Walutą w Maroku jest dirham marokański — podkreślam, bo my miałyśmy małą wpadkę. Weronika rzeczywiście wymieniła nam złotówki na dirhamy w jednym z warszawskich kantorów. Tyle że na dirhamy Zjednoczonych Emiratów Arabskich… Dopiero później dowiedziałyśmy się, że dirham marokański bardzo ciężko kupić poza Marokiem.
Najlepszym rozwiązaniem jest zabrać z Polski dolary lub euro i wymienić je na miejscu. Z tego powodu także nie warto z nimi wracać. Polecam wydać wszystko na mieście przed wyjazdem na lotnisko — tam też nie można płacić dirhamami, tylko w euro (gotówką lub kartą).
Na lotnisku w Marrakeszu jest kantor, ale przelicznik jest słaby — u nas strata była na poziomie 60 złotych. Lepszy kurs znajdziecie na mieście (ale przynajmniej miałyśmy trochę gotówki na start).

Podróż z lotniska do miasta
Gotówka posłużyła nam do zamówienia taksówki z lotniska do miasta. Odległość do centrum to około 6 kilometrów, my tę trasę pokonałyśmy w 25 minut, ale wszystko zależy od ruchu na ulicach. W Marrakeszu korzystałyśmy się z oznaczonych taksówek, stoją one zaraz przy wyjściu z terminala i akurat w tym przypadku cena była odgórnie ustalona – nie zawsze tak jest, także warto uzgodnić kwotę z kierowcą, targować się, a przede wszystkim orientować, ile kosztuje przejazd do miejsca docelowego i nie dać się naciągnąć!
Jeśli chodzi o taksówki z lotniska, jest to bardzo dobrze zorganizowane — trzeba podejść do oznaczonej budki lub automatu, wpisać lokalizację początkową i końcową, zapłacić (standard to 80–100 MAD, czyli około 40 złotych) i odebrać numerek — to numer waszej taksówki. Szukacie na parkingu auta z takim samym i dajecie karteczkę kierowcy.


Nasz kierowca mówił trochę po angielsku, ale zdecydowanie łatwiej jest dogadać się po francusku. Choć oficjalnymi językami w Maroku są arabski i berberyjski, to powszechnie używanymi są właśnie francuski i hiszpański. Weronika, znając bardzo dobrze hiszpański i trochę francuskiego, nie miała żadnego problemu, żeby porozumieć się na mieście.
Jeśli nocleg jest w medynie, to taksówka podrzuci Was pod najbliższą bramę, a potem trzeba pójść pieszo, bo po tej zabytkowej dzielnicy nie można poruszać się autem. My ostatecznie zapłaciłyśmy 100 MAD na dwie osoby, czyli po 20 złotych na głowę. Widziałyśmy też autobusy stojące pod terminalem, ale ani wtedy, ani podczas całego naszego pobytu nie korzystałyśmy z komunikacji miejskiej, także ciężko mi powiedzieć czy warto — na pewno jest to tańsza opcja.
Wskazówka dla grup – wybierzcie tzw. grandes taxis, które pomieszczą więcej osób (i bagaży) i się targujcie!

Marokańska oaza – riad
Marrakesz przywitał nas słońcem i bezchmurnym niebem, więc zbliżając się do medyny, podziwiałyśmy góry, wcześniej widziane z samolotu. Kiedy taksówka zostawiła nas pod bramą, czekał na nas gospodarz noclegu, czyli riadu (od arabskiego słowa „riyad”, które oznacza ogród).
W Marrakeszu najlepiej spać w tradycyjnym domu z wewnętrznym ogrodem i fontanną, przekształconym w pensjonat. Standard jest zróżnicowany, podobnie jak cena — można wybrać odpowiednik pięciogwiazdkowego hotelu za 1200 złotych za dobę albo, tak jak w naszym przypadku, 150 złotych za pokój z marokańskim śniadaniem w cenie, które jest podawane na słodko.


W skład marokańskiego śniadania wchodzą zazwyczaj:
- msemen (warstwowe, kwadratowe naleśniki),
- baghrir (naleśniki z tysiącem dziurek),
- harcha (placki z semoliny),
- chleb khobz,
- amlou (pasta z prażonych migdałów, miodu i oleju arganowego),
- miód oraz dżem figowy.
Wnętrze marokańskiego riadu
Oprócz tego podawana jest zazwyczaj marokańska herbata miętowa, świeży sok pomarańczowy i kawa. Wszystkie posiłki były serwowane na dachu budynku z widokiem na panoramę miasta – kolacje przy zachodzie słońca to coś, co wspominamy do dziś.
Nasz nocleg był zlokalizowany 3 minuty piechotą od jednej z bram medyny, gdzie znajdował się punkt odbioru na wycieczki oraz maksymalnie 1,5 kilometra od większości atrakcji. Małżeństwo, które prowadziło pensjonat, było bardzo pomocne i miłe, a za każdym razem, kiedy siedziałyśmy na dziedzińcu lub na dachu budynku, częstowali nas herbatą miętową i słodkimi wypiekami.


Pokój był urządzony w typowym marokańskim stylu – meble z rzeźbionego drewna, metalowe, kute lampy z mosiądzu i ceramiczne kafelki pod prysznicem. Byłyśmy nastawione, że woda w łazience może mieć charakterystyczny zapach, ale prawda jest taka, że w dużych miastach, takich jak Marrakesz, jest ona uzdatniana — nie zmienia to faktu, że różni się florą bakteryjną, także, jeśli chodzi o mycie zębów, najlepiej korzystać z wody butelkowanej.
Pierwsze kroki w medynie
Oczarowane atmosferą, tysiącem zapachów, kolorów i dźwięków wyszłyśmy zwiedzać. Do zachodu nie zostało nam za wiele czasu, choć wciąż było ciepło. Słońce w zimę zachodzi około godziny 19:00. W lutym temperatura w dzień wynosiła około 20- 25 stopni w ciągu dnia, ale wieczorem warto mieć ze sobą cienki sweter czy bluzę.
Zakrywających ciało ubrań nie nosiłyśmy tylko ze względu na pogodę – choć Marrakesz jest gdzieś pomiędzy głęboko zakorzenioną tradycją islamską a postępującą nowoczesnością i wykazuje większą swobodę obyczajową niż na przykład obszary wiejskie, to rzadko można tu spotkać kobiety w bluzkach na ramiączkach czy krótszych sukienkach (tak samo zresztą, jak mężczyzn w szortach). Oczywiście nie ma formalnego zakazu odkrywania ramion i kolan poza hotelem, ale z szacunku do kultury (a także, żeby uniknąć zaczepiania przez mężczyzn) starałyśmy się zakładać spódnice do kostek czy koszule na długi rękaw.

Mapy Google gubią się w medynie — jest tam słaby zasięg i równie słaby Internet. Ulice są niezwykle wąskie, kręte i chaotyczne. Często kończą się wewnątrz domostw lub łączą w małe, zamknięte dziedzińce. Medyna w Marrakeszu rozrastała się przez stulecia, bez żadnego konkretnego planu, więc nie ma regularnej siatki ulic znanej nam z miast europejskich.
Wiele uliczek wygląda niemal identycznie, co wykorzystują lokalni – widząc zagubionych turystów, oferują pomoc we wskazaniu drogi do głównego placu lub do riadu, odprowadzają do wybranego miejsca, a potem żądają za to pieniędzy. Dawniej ten układ miał za zadanie chronić prywatność mieszkańców przed obcymi oraz utrudniać nawigację najeźdźcom, ale dziś może być wyzwaniem dla turystów (i okazją dla lokalnych).
My też padłyśmy tego ofiarą, ale w naszym przypadku skończyło się dobrze – w ten sposób trafiłyśmy do Le Jardin Secret – historycznego kompleksu pałacowego z pięknymi ogrodami. Bilety kupiłyśmy w kasie biletowej (40 zł/os) godzinę przed zamknięciem (w lutym jest otwarty od 9:30 do 18:30).


To cichy, zadbany ogród, w środku którego znajduje się kawiarnia i sklep z pamiątkami. Składa się z ogrodu islamskiego podzielonego na cztery kwadraty z kanałami wodnymi pomiędzy i egzotycznego ogrodu z roślinami z całego świata. Są tu też palmy, drzewka cytrynowe i pomarańczowe oraz drzewka oliwne, a pod nimi ławki, na których siedzą ludzie, czytają książki czy rozmawiają. Przez środek biegnie szeroka alejka wyłożona zielonymi kafelkami, altana i pięć symetrycznie rozłożonych fontann. Na terenie obiektu jest też wieża z widokiem na medynę, którą można zwiedzić z przewodnikiem za dodatkowe 40 MAD (około 16 zł).
Ciekawostka: kolor kafelków nie jest przypadkowy. Zielony jest uznawany za kolor islamu/raju – w Koranie raj jest często opisywany jako bujny, zielony ogród, a jego mieszkańcy są ubrani w szaty z zielonego jedwabiu.


Wieczorny spektakl — Dżami al-Fana
Wracałyśmy tą samą drogą, którą dotarłyśmy do ogrodu, ale zamiast do riadu, trafiłyśmy na Dżami al-Fana („Jemaa el-Fnaa”). To największy plac handlowy w Marrakeszu, który narodził się wraz z miastem za panowania dynastii Almorawidów około 1070 roku jako punkt handlowy dla kupców z różnych stron świata.
Dziś to plac – chaos: zaklinacze węży, małpy na łańcuchach, opowiadacze historii, aktorzy-amatorzy, kobiety malujące henną, stragany z daktylami, olejkami arganowymi, rękodziełem i przyprawami. Gdzieś pomiędzy jeździły skutery, wózki ciągnięte przez osły, a w rytm muzyki wygrywanej na sintirze poruszali się tancerze. Wieczorem cały plac wyglądał jak jedna wielka restauracja pod gołym niebem – ponumerowane stoiska grillowe oferowały szaszłyki, pieczone ryby, kuskus lub ślimaki w ziołowym wywarze. Więc tym bardziej dziwne było, że znalezienie tam miejsca na kolację okazało się dla nas nie lada wyzwaniem.


Nie mogłyśmy się zdecydować, krążąc od stoiska do stoiska, ale trzymałyśmy się zasad, o których czytałyśmy w przewodnikach: szukałyśmy miejsc, w których było widać wielu lokalnych mieszkańców i wybierałyśmy produkty, które były przygotowywane w głębokim tłuszczu albo pieczone w ogniu (poddane obróbce termicznej). Unikałyśmy też surowych warzyw oraz owoców i picia czegokolwiek z lodem. Mieszkańcy tolerują wodę z kranu, ale dla nas może stanowić niepotrzebne ryzyko – a my nie miałyśmy czasu na chorowanie. Ostatecznie zdecydowałyśmy się na kebaba z falafelem i harissą.
Dzień zakończyłyśmy na dachu naszego riadu, pijąc berberyjską whisky – wbrew pozorom wcale nie alkohol, a tradycyjny, mocno miętowy napar z dużą ilością cukru parzony w berradzie, czyli srebrnym metalowym imbryku. Co ciekawe, w krajach muzułmańskich herbata zastępuje alkohol i jest traktowana tak samo, jak my w Polsce traktujemy tego rodzaju trunki – jako element spotkań towarzyskich.

Tadżin, kuskus, harira — podróż przez smaki Maroka
Kuchnia marokańska ogólnie jest bardzo aromatyczna, dość mięsna, a dodatkiem do większości dań jest kasza lub chlebek. Nam najbardziej do gustu przypadł tadżin, czyli gulasz z mięsa (zarówno z kurczaka, jak i jagnięciny czy wołowiny) z dodatkiem suszonych owoców i oliwek, który zazwyczaj jest podawany w glinianym, stożkowatym naczyniu, a także kuskus, podawany z gęstym sosem, warzywami lub mięsem.
Na chłodniejsze dni idealna jest harira – zupa z pomidorów, ciecierzycy i soczewicy, tradycyjnie spożywana w czasie ramadanu, czyli świętego miesiąca postu dla muzułmanów. My wyjechałyśmy z Maroka trzy dni przed jego rozpoczęciem, ale warto pamiętać, że wtedy w całym kraju życie toczy się wolniej – wiele instytucji ma zmienione godziny pracy, a dużo sklepów czy restauracji otwiera się dopiero po zachodzie słońca. Turyści powinni wtedy unikać jedzenia czy picia wody na oczach ludzi, którzy poszczą na ulicy.


Jeśli chodzi o słodkie wypieki, na każdym rogu można kupić ciasteczka na bazie miodu i daktyli lub rogaliki nadziewane masą migdałową. W Maroku słodki smak łączy się czasem z daniami na słono – na przykład tradycyjne ciasto „pastilla” z kurczakiem jest często oprószone cynamonem i cukrem pudrem.
W Marrakeszu zjeść można w wielu miejscach, zaczynając od typowego street foodu, przez lokalne restauracje, na ekskluzywnych roof-top barach kończąc. Po prostu próbujcie. To są smaki, o które w Europie ciężko, a dania są kolorowe i intensywne. Najlepiej pokręcić się trochę po mieście w porze obiadowej i zawitać tam, gdzie zapach przemawia do Was najbardziej!


Uzud, czyli oliwka – najwyższy wodospad Maroka
Śniadanie jadłyśmy na dachu riadu w półmroku, jeszcze przed wschodem słońca. W kuchni było słychać pobrzękiwanie naczyń, a pod nogami leżały zapakowane plecaki – czekałyśmy na wiadomość od przewodnika, o której godzinie podjedzie pod bramę medyny, żeby zabrać nas pod najwyższy wodospad w Maroku – Ouzoud. Szallalat Uzud (po francusku Cascades d'Ouzoud) 150 kilometrów od Marrakeszu.
My auta nie wypożyczałyśmy, a to było miejsce, które bardzo chciałyśmy odwiedzić, więc zdecydowałyśmy się na wycieczkę z GetYourGuide za 130 złotych za osobę. W tę cenę wchodził transfer (około trzech godzin jazdy w jedną stronę), przewodnik górski na miejscu, trekking po dolinie i rejs łodzią pod sam wodospad.


W przeddzień wyjazdu dostałyśmy wiadomość od kierowcy z konkretnym miejscem zbiórki (pięć minut piechotą od naszego riadu) i rejestracją samochodu. Marrakesz to dobry punkt startowy, bo pod Ouzoud jest stąd o wiele bliżej niż z Agadiru czy Rabatu. Po drodze trochę odespałyśmy wczesną pobudkę, a przez resztę trasy podziwiałyśmy widok na góry Atlas. Po godzinie 11:00 byłyśmy na miejscu.
Okolice wodospadu to dom dla małp – makaków berberyjskich, które w Maroku są pod ochroną, bo jest to gatunek zagrożony wyginięciem. Mnie osobiście wystarczyło podziwianie ich na tle wodospadu i tęczy, ale Weronika dobrze się bawiła, kiedy podbiegały do niej, wskakiwały na ramiona i głowę.



Krajobraz dopełniają gaje oliwne rosnące dookoła, od których wzięła się nazwa tego miejsca – słowo „uzud” oznacza oliwkę. W regionie Atlasu Wysokiego powszechnie występują gleby czerwone, więc trzeba pamiętać, że oprócz tego, żeby buty na tę wyprawę były wygodne, to przydałoby się jeszcze, żeby nie były ani jasne, ani nowe – moje białe trampki już nigdy się nie doprały…
W ogóle sportowe ubrania będą odpowiednie, bo trekking w dół i z powrotem w górę trwa około 1,5 godziny. Wycieczka zaczyna się po zejściu z parkingu, na samej górze 110-metrowego wodospadu, skąd jest wspaniały widok na dolinę. My akurat trafiłyśmy na krystalicznie czystą wodę spadającą kaskadami, ale czasem, po intensywnych opadach deszczu, spływająca woda gwałtownie wypłukuję tę czerwoną glinę i piaskowiec, więc na parę dni wodospad zmienia kolor – w dół urwiska spływają wtedy masy brunatno-czerwonej wody i na pewno nie jest to aż tak zjawiskowy widok, chociaż i tak robi wrażenie.


Trekking rozpoczyna się na samej górze wodospadu i krętymi drogami schodzi się coraz niżej, a widoki po drodze są naprawdę piękne. Kiedy w końcu dotarliśmy na sam dół, czekała już na nas łódź, która zabrała nas prawie pod sam wodospad. W cieplejszych miesiącach, mimo zakazu kąpieli, można zobaczyć ludzi pływających w wodzie, ale w lutym woda była naprawdę lodowata. Mgiełka wodna roztaczająca się nad skałami wodospadu cudnie ochładzała skórę i można było tam siedzieć godzinami, co zresztą (kiedy podróżujesz bez przewodnika) jest możliwe, bo są tam też restauracje i kawiarnie z tarasami widokowymi i domyślam się, że można tam spędzić cały dzień.
Prawdziwe wyzwanie zaczyna się tak naprawdę dopiero na dole, bo na górę trzeba jakoś wrócić – poza tym, że byłyśmy już trochę zmęczone, to i głodne (mimo że miałyśmy ze sobą trochę przekąsek). Według przewodnika mieliśmy do pokonania „tylko 600 schodów”, czyli całkiem niezły trening wydolnościowy, ale pomiędzy są przerwy na tarasy widokowe, z których można oglądać wodospad z jeszcze innej perspektywy.


Lunch nie był wliczony w cenę, ale na górze mieliśmy godzinę w restauracji, w której mogliśmy zjeść. Obie uważamy, że jedzenie było średnie, porcje okej, a ceny wyższe niż w innych miejscach tego typu po drodze – z tym że nie miałyśmy za bardzo wyboru. W cenie 50 złotych (125 MAD) miałyśmy wodę, do wyboru kurczaka lub warzywa z ryżem, sałatki oraz deser. To była jedyna rozczarowująca część wycieczki.
Na koniec wszyscy, którzy nie rozliczyli się jeszcze z przewodnikiem, zapłacili w gotówce – każdy inną kwotę, także na pewno cena tej wycieczki jest do negocjacji. Z perspektywy czasu wiem, że przepłaciłyśmy, bo rezerwowałyśmy wycieczkę z wyprzedzeniem przez Internet. Najlepiej poszukać biura turystycznego już na miejscu, w Marrakeszu i targować się – w końcu widoki będą takie same, niezależnie od ceny.

Pustynia księżycowa – Agafay
Najpierw wodospady, później pustynia. Przynajmniej taki był plan. Miałyśmy zarezerwowany lot balonem na ogrzewane powietrze o wschodzie słońca na Pustyni Agafay, która leży około 40 kilometrów na południowy zachód od Marrakeszu. Agafay to trochę taka alternatywa dla klasycznej wyprawy na Saharę.
Niestety ze względu na słabe warunki pogodowe panoramiczne widoki Wysokiego Atlasu na tle wschodzącego słońca i berberyjskie śniadanie w wiosce, musiałyśmy przełożyć na nasz następny raz w Afryce… Mimo wszystko uważam, że warto o tym wspomnieć – być może komuś się uda zarezerwować taki lot, bo na pewno jest to niezapomniane przeżycie.


Co warto przywieźć ze sobą z Marrakeszu?
W zamian za naszą nieudaną pustynną wyprawę od rana kręciłyśmy się po medynie, robiąc zakupy — przeznaczyłyśmy na to parę godzin. Słowo „souk” oznacza „targ”, ale zupełnie w niczym nie jest podobny do znanych nam z Polski bazarów. To zabawa – targowanie się, rozmowy, żarty, a czasem nawet filiżanka herbaty od sprzedawcy.
Marokański targ dzieli się na mniejsze alejki i placyki:
- Souk Semmarine – główna aleja, gdzie można kupić skórzane wyroby i szale, ale też olejek arganowy (najdroższy olej na świecie i trzeba uważać na podrabiane buteleczki – powinien być bezzapachowy i kosztować między kilkanaście a kilkadziesiąt złotych za 100 ml) czy naturalne czarne mydła na wagę.
- Souk El Attarine – część słynąca z aromatycznych przypraw, ziół i kadzideł.
- Souk Smata – miejsce z tradycyjnymi marokańskimi pantoflami.
- Souk Haddadine – tam widziałyśmy najpiękniejsze metalowe lampiony.
- Souk Fekharine – aleja ceramiką i glinianymi naczyniami.
Mimo to nie da się „zaplanować” zakupowej trasy. To labirynt, po którym prowadzi… intuicja. My weszłyśmy od strony placu Dżami al-Fana i tam też skończyłyśmy. Cała reszta – wszystko, co kupiłyśmy i gdzie zawędrowałyśmy – było przypadkiem. A kupiłyśmy sporo, bo będąc w Maroku, warto zwrócić uwagę na tradycyjne rękodzieło, naturalne kosmetyki, skórzane wyroby i lokalne przyprawy czy miętową herbatę.
Dżami al-Fana to punkt ważny też z jeszcze jednego powodu – w jego okolicy znajdują się autoryzowane bankomaty (Attijariwafa Bank, Banque Populaire, Al Barid Bank), z których i my wypłacałyśmy gotówkę. Przy wypłatach obowiązuje limit do 200 euro. Zazwyczaj prowizja w takim bankomacie to 35 dirhamów za transakcję – około 14 zł.

W niektórych miejscach można płacić Revolutem, ale mi nie działał on zbliżeniowo, więc tylko fizyczna karta (której nie miałam) wchodziła w grę. Zwykła karta płatnicza ma słaby przelicznik. Trzeba też pilnować, żeby obciążać kartę w walucie lokalnej (MAD), a nie w PLN, żeby uniknąć drogich kursów przewalutowania.


Rzeczywiście jest tak, że w Marrakeszu bardzo ciężko jest zapłacić kartą. Większość restauracji, taksówek czy nawet niektóre hotele nie mają terminali! Gotówka jest ważna szczególnie na targu. Bardzo polecam się zorientować przed przyjściem tam, ile co powinno kosztować. Początkowa cena dla turysty potrafi być zawyżona nawet o 70%.
Trzeba się targować i koniec, i kropka — chociaż niektóre produkty są „ometkowane” i mają ustalone odgórnie ceny (są to najczęściej magnesy lub pocztówki). Te rzeczy, które nie mają cen, są do targowania się i jest to część kultury i „zabawy” zakupowej. Weronika została mistrzynią zbijania cen, ja natomiast mam jeszcze wiele do nauki – przy jednym ze stanowisk z wyrobami skórzanymi szło mi tak źle, że jego właściciel targował się za mnie – i wynegocjował mi całkiem przyjemną kwotę!


Jeśli chodzi o herbatę, to my wybrałyśmy markę The Moroccan Botanist, która produkuje organiczne herbaty i napary ziołowe, bazując na marokańskich recepturach. Sklep ma dwa punkty: w części medyny przy ul. Mouassine oraz w rejonie ogrodów Jardins Majorelle. Kupiłyśmy tam ich bestseller, czyli „Sad Sułtana” – mieszanka zielonej herbaty, niebieskiego Oolonga, mięty i kwiatu pomarańczy. Dostałyśmy też „ściągę”, jak parzyć ją w prawdziwie marokańskim stylu!
Miałam też podejście do kupienia kawy w Bacha Coffee, czyli luksusowej kawiarni sprzedającej ponad 200 rodzajów kaw 100% Arabica z ponad 35 krajów. Została założona w 1910 roku w pałacu Dar el Bacha właśnie w Marrakeszu – stąd jej nazwa. Sklep jest w tym samym miejscu co kawiarnia, ale kolejka była na dwie godziny stania – ostatecznie kawę kupiłam na lotnisku, gdzie znajduje się ich druga lokalizacja (na lotnisku jest tylko sklep, bez kawiarni).


Na prezent kupiłam daktyle Medjool na wagę, czyli bardzo słodką odmianę pochodzącą z tego kraju, a Weronika szafran w nitkach, nazywany „czerwonym złotem” Maroka. Szafran to najdroższa przyprawa świata ze względu na to, że jest zbierany ręcznie w trudnych warunkach górskich, a w Marrakeszu można dostać go dużo taniej niż w Polsce. Jeśli chodzi o inne przyprawy, to warto przywieźć ze sobą „Ras el Hanout”. Nazwa oznacza „szef sklepu” – każdy sprzedawca ma swoją unikalną recepturę, często zawierającą kilkadziesiąt składników (między innymi kumin, kardamon, cynamon, gałkę muszkatołową i kurkumę).
Oprócz tego kupiłyśmy piękną, zdobioną ceramikę, ręcznie malowane pocztówki, biżuterię oraz produkty do rytuału „hammam” – czarne, oczyszczające mydło i szorstką rękawicę do peelingu ciała. „Hammam” to tradycyjny zabieg oczyszczający ciało, pochodzący z Bliskiego Wschodu i kultury osmańskiej – do dziś żałujemy, że nie wykupiłyśmy sobie wizyty w SPA, będąc w Marrakeszu.

Ostatni dzień w Marrakeszu – zwiedzamy pałace i muzea
Już do samego końca wyjazdu, jak na prawdziwe turystki przystało, zwiedzałyśmy. Przez następne półtora dnia udało nam się zobaczyć opisane niżej miejsca.
Ogród Majorelle
Charakteryzuje się dekoracjami w kolorze niebieskim. Intensywny, kobaltowy błękit dziś nosi nazwę Majorelle Blue, na cześć francuskiego orientalisty Jacquesa Majorelle, który od 1923 roku był jego właścicielem i projektantem. W latach 80. XX wieku nieruchomość zakupili i odnowili Yves Saint-Laurent i Pierre Bergé. Bilety kupowałam z miesięcznym wyprzedzeniem na oficjalnej stronie. Był to bilet łączony z muzeum Yves Saint Laurent i muzeum Berberów.
Oprócz setek gatunków egzotycznych roślin z całego świata można też zjeść tam lunch – tadżin podawany z marokańskim chlebkiem khobz. Mimo że bilet jest na konkretną godzinę i ludzi było sporo, ogród jest duży, więc tłoku nie odczuwa się aż tak bardzo. Jest to jedna z droższych atrakcji w Marrakeszu i w przeciwieństwie do pozostałych, nie znajduje się w okolicach medyny. My szłyśmy tam 30 minut piechotą.


Muzeum Yves Saint Laurent i Muzeum Berberów
Muzeum YSL mieści się 100 metrów od ogrodu Majorelle — można w nim oglądać ikoniczne kreacje haute couture, szkice i dodatki zaprojektowane przez Yves Saint Laurenta. Z kolei Muzeum Berberów to przestrzeń przerobiona z dawnej pracowni malarza jako ukłon w stronę dziedzictwa kulturowego Berberów.
Meczet i medresa Ben Youssef
Położony w samym sercu medyny, to powstała w XVI dawna największa szkoła koraniczna w Maroku. W 1960 roku budynek stał się zabytkiem, a dziś można podziwiać tam marmurowy basen położony na dziedzińcu i mozaiki z tradycyjnych kafli ceramicznych za 50 MAD od osoby w godzinach od 9:00 do 19:00.


Pałac Bahia
Arcydzieło marokańskiej sztuki i architektury oraz Pałac El Badi – ruiny dawnej rezydencji sułtana Ahmada al-Mansura z dynastii Saadytów. Niegdyś olśniewająca budowla, dziś jest potężnym pustym dziedzińcem z pomarańczowymi murami, ogrodami i gniazdującymi bocianami.


Podsumowanie
Cztery dni w Marrakeszu to idealny czas na krótki, choć intensywny reset. Mimo że medyna bywała orientacyjnym wyzwaniem, a różnice kulturowe wymagały odrobiny dostosowania się, to nie konkretny plan i perfekcyjna nawigacja jest w podróży najważniejsza, tylko umiejętność zgubienia się w odpowiednich miejscach. Wystarczy trochę śmiałości i otwartości, odpowiednia waluta w kieszeni, a także gotowość do targowania się, żeby poczuć marokański klimat. Na pewno nie był to nasz ostatni raz w Maroku – w końcu nadal czekamy na nasz lot balonem po pustyni Agafay!
Planujesz podróż? Zacznij tutaj
Zarezerwuj hotel
Wynajmij samochód
Zarezerwuj wycieczkę
Wykup kartę eSIM
Pola Chmielewska
Podróże i pisanie od lat idą u mnie w parze. Studiowałam dziennikarstwo, a pracę licencjacką tworzyłam między Polską, Portugalią, Włochami i Grecją. Dziś uczę języka polskiego online i mogę to robić z każdego zakątka świata!

Przeczytaj podobne artykuły
Najpiękniejsze plaże w Maroku – słońce Agadiru i magia wybrzeża

Poznaj największe atrakcje Maroka i zakochaj się w tym ciekawym kraju. Co warto zobaczyć?

Co warto zobaczyć w Marrakeszu? Atrakcje turystyczne perły Maroka












